Am Ende: Architektur Zeitreisen 1959-2019 .Taki tytuł nosi wystawa czynna od 10 października 2016 roku do 20 marca 2017 roku w wiedeńskim Centrum Achitektury w starej hali /Alte Halle/ przy Museumplatz 1. Na koniec: architektura. Podróże w czasie 1959-2019.
Dietmar Steiner, założyciel Architekturzentrum Wien /AZW/ odchodzi ze stanowiska dyrektora i z tej okazji została zorganizowana wystawa. Dietmar Steiner odchodzi ale przecież z takich stanowisk nie odchodzi się na emeryturę. Zapewne chodzi więc o to nowe otwarcie o którym w jednym z wywiadów mówi jego następczyni Angelika Fitz.
Am Ende. Gra słów dopuszcza dwa przeciwstawne tłumaczenia tytułu wystawy.
Ostatecznie w końcu liczy się tylko architektura? Czy też to już koniec architektury?
Przy tego typu oficjalnych przedsięwzięciach przywykliśmy do pozytywnych przekazów i konkluzji.
Ale czy rzeczywiście najważniejsza jest architektura jako sztuka ? Czy może biznes , który sztuką tylko sobie wyciera twarz jest ważniejszy?
Steiner , który w nagraniu prezentowanym na wystawie przedstawia swój punkt widzenia zdaje się nieco sarkastycznie tęsknić za architekturą czystą i wolną. Może to tylko jego sentymentalna podróż w przeszłość ale może to gorzka prawda.
Dietmar Steiner w prezentowanym na wystawie nagraniu opowieści-przewodniku po dziesięcioleciach architektury jawi się tym , którzy go nie znają jako błyskotliwy , pełen dowcipu krytyk architektury , którego horyzonty daleko wykraczają poza jego profesję.
W pięknym, zaprojektowanym przez Hermanna Czecha wnętrzu restauracji Salzamt przy kuflu z piwem ze swadą opowiada o najważniejszych wydarzeniach architektury ostatnich dziesięcioleci.
Wystawa jest ciekawa, bo pokazuje szerokie spektrum architektury.
To, co rzuca się w oczy, to wyraźny podział, który dzieli architektów na tych, którzy robią architekturę niejako codzienną , projektując mniej spektakularne obiekty , często małe, niskobudżetowe i tych, zwycięzców światowej sławy architektów, których obiektami zachwyca się cały świat.
Zważywszy jednak na poziom artystyczny wielu tych sławnych dzieł architektury, wielkich gmachów dziwacznych i drogich słowo zwycięzcy można rozumieć sarkastycznie. Wystawa pokazuje, jak wąskie
 
fermentu , artystycznej, twórczej niezgody. Przy nich architekci drugiej albo trzeciej linii wydają się być nieracjonalnymi dziwakami, którzy podejmują się intelektualnej orki w projektowaniu niskobudżetowych niewielkich obiektów bez spektakularnego rozgłosu.
Bo rozgłos jest już na stałe wpisany w architekturę. Cichych nie widać.
Na wystawie jest dużo tęsknoty za minionym. Najczęściej za modernizmem.
Wiele jest zdjęć czarno-białych.
Wystawa ma swoją formę. Spontaniczna, nienadęta a bezmiar fotografii, szkiców, planów, grafik tylko podkreśla wielowarstwowość architektury.
Przez to projektów nie da się ze sobą porównać, zestawić, wartościować ale to akurat dobrze bo to nie konkurs. Z wystawy wychodzi się z przeświadczeniem, że architektura jest ogromem. Ogromem , form, materiałów, wątków. Że nie jest to sztuka perfekcji.
Bo w większość pokazane prace dalekie są od perfekcji. Jest wiele dobrych proporcji. Kolorowych brył.
Z wystawy można wysnuć wniosek, że architektura jest wielobarwna, niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu. Drugi wniosek to taki, że w porównaniu ze światem, architektura wiedeńska jest jednobarwna, niekoniecznie w złym tego słowa znaczeniu. Na architektach z Polski, nawet dobrze obeznanych z architekturą Wiednia, musi robić wrażenie mnogość osobowości i dzieł, ale też jakość architektury, nawet jeśli brakuje jej tak widocznej u nas, w Polsce spontaniczności.
Rozczarowań nie było. Wiemy na co stać prof. Hermana Czecha
Znamy jego piękne lokale z intelektualnymi metaforami, jego mądre okna zimowe wiedeńskiej opery. Podziwiamy lekkość Kunsthalle Adolfa Krischanitza, jego odwagę w użyciu czerni w przedszkolu Neue Welt .
A przecież intelektualny, uniwersytecki Wiedeń to nie wszystko. Także poza Wiedniem , zwłaszcza na południu można doświadczyć znakomitej warsztatowo architektury. Na długo zapamiętamy piękny, krajobrazowy i muzyczny dom pianisty Marii Sentobe.
Wielkie światowe obiekty nie zasłoniły tego, co intelektualne i czyste.
Z wystawy zabiera się w sobie jakieś ukłucie, poczucie , że coś się przeoczyło, że na pewno przed oczyma przewinął się projekt genialny, doskonały, że trzeba wrócić, aby go odszukać. Trochę jak w galerii portretów, z których jeden był genialny, ale wisiał w rzędzie z tak wieloma...
Więc zapewne wrócimy … Do 20 marca mamy czas.

Please publish modules in offcanvas position.